W trasie!
Jest 21:00, nareszcie mam okazję usiąść wygodnie na kanapie i napisać co nieco o ostatnich wydarzeniach. A działo się, oj działo!
Zacznę może od naszej wycieczki do Anglii. Dzień przed planowanym odlotem doprowadziliśmy mieszkanie do idealnego porządku, wysłaliśmy ostatnie pudła do Anglii i oddaliśmy klucze właścicielce. Jako, że lot mieliśmy mieć wcześnie rano, a na lotnisko odwoził nas mój teść, to postanowiliśmy, że ostatnią noc spędzimy u niego. Wszystko więc poszło dość sprawnie, spakowani i lekko poddenerwowani nachodzącymi zmianami pojechaliśmy spędzić ostatnią noc w kraju w... lodowatym pokoju! Teść się nie postarał i nie nagrzał nam pokoju, a wiedział, że przyjedziemy i wie przecież, że dziecko nie powinno spać w zimnie! Nie będę się rozpisywać na ten temat... musieliśmy jakoś zacisnąć zęby i jak najszybciej położyć się spać bo było już po 21:00, a pobudkę mieliśmy o 3:00! około 22:30 leżeliśmy już we trójkę w łóżku starając się wzajemnie ogrzać :) Wstaliśmy dość sprawnie, zjedliśmy co nieco i ruszyliśmy na lotnisko. Na miejscu też wszystko poszło sprawnie i szybko. Nie ważyli nam bagaży, nie sprawdzali za bardzo wymiarów (a mieliśmy na pewno za dużo rzeczy), jako rodzice dziecka poniżej 2 lat mieliśmy też pierwszeństwo w kolejce na pokład samolotu :) wszystko cacy! Do czasu aż dowiedzieliśmy się, że maszyna się zepsuła - cały układ hydrauliczny poszedł i nie polecimy! Opuściliśmy samolot czekając na dalsze informacje... w końcu poinformowano nas, że na 11:45 będzie gotowy nowy samolot. Czekając na samolot zadzwoniłam sobie do Moniki L. i to trochę umiliło mi czas... :) Podczas gdy ja sobie plotkowałam mój mąż próbował załatwić problem, który powstał przez opóźnienie lotu, mianowicie przepadły nam bilety na pociąg z Londynu do Bristolu! Niestety nie dało się tak po prostu wykorzystać wcześniej zabukowanych biletów na późniejszy pociąg. Kolejny stres! No ale po rozpatrzeniu naszych opcji w końcu zdecydowaliśmy się, że bilety i tak wydrukujemy w specjalnej maszynie do tego przeznaczonej i spróbujemy je wykorzystać. Na miejscu w Londynie tak też zrobiliśmy i okazało się, że bilety są jeszcze dobre do wykorzystania! złapaliśmy więc pociąg! Potem autobus! Potem pociąg zwany tubą! Potem kolejny pociąg... i tutaj mieliśmy znak STOP! Niestety ten pociąg był zarezerwowany z miejscówkami i gdybyśmy chcieli wykorzystać te same bilety to te miejscówki byłyby najprawdopodobniej zajęte przez kogoś innego, ponieważ nasze miejscówki odjechały rano bez nas... W tej sytuacji pozostało nam jedynie złapanie autobusu miejskiego do innej stacji w Londynie, skąd mogliśmy złapać autokar prosto do Bristolu. Nie było łatwo! Najpierw poszliśmy na przystanek po złej stronie ulicy, więc kierowca powiedział nam, że on niestety jedzie w przeciwnym kierunku... Udaliśmy się na właściwy przystanek i czekając na autobus postanowiliśmy zjeść coś na szybko. Na szybko, a więc fast food... fast food a więc duże M jak McDonalds. Tylko po jednym burgerze i soczku! Autobus nadjechał. Wsiadamy. W Anglii zawsze było tak, że bilet kupowało się u kierowcy mówiąc mu dokąd jedziemy, tak więc mąż mój mówi dokąd, ja ładuję się z wózkiem, a kierowca patrzy na nas jak na baranów i rzecze: bilet się kupuje na przystanku w automacie zanim się wsiądzie do autobusu! Świetnie! Wysiadka, on nie poczeka. Za kilka minut będzie następny... Kupiliśmy bilety. Maszyna nie wydawała reszty, straciliśmy 70p... W końcu nadjechał kolejny autobus i udało nam się wygodnie rozsiąść. Synka wyjęłam z wózka bo już miał trochę dość siedzenia... nawiasem mówiąc całą podróż zachowywał się jak ANIOŁ! był grzeczny, uśmiechnięty, spał ładnie kiedy był zmęczony... no po prostu bajka! Zmierzamy do celu, wlekąc się w popołudniowym londyńskim traffiku i dociera do nas, że możemy nie zdązyć na ten autokar o 16:00! Nie wiemy nawet gdzie iść! Pytamy wiec najbliżej siedzącą osobę... tak się złożyło, ze ta kobieta kiedyś pracowała na tym dworcu skąd odjeżdżają autokary międzymiastowe! Co za fart! Powiedziała nam wszystko dokładnie: jak dość, gdzie skręcić, że po bilety to na pewno będą kolejki, ale może zdążymy... Wysiadamy z autobusu i biegiem lecimy wskazaną trasą. ja z synem na rękach, mąż z torbami na wózku! Biegniemy, biegniemy, biegniemy. Mój zegarek odmierza minuty jak szalony... w końcu jest! Wpadamy na dworzec, szukamy miejsca z autokarami, i widzimy, że on za moment odjedzie! Szybka decyzja: nie kupujemy biletów, najpierw trzeba znaleźć autokar i go zatrzymać! Szukamy, biegamy, tak się złożyło, ze odjeżdżał z 20 linii, czyli z ostatniej. I mimo, że się nabiegaliśmy to decyzja była słuszna bo okazało się, że bilet możemy kupić u kierowcy, a jak tam dotarliśmy to przed autokarem stała jeszcze mała kolejka ludzi wsiadających na pokład :) Cudnie! Jesteśmy, wsiadamy i już tylko 3 godziny dzielą nas od Bristolu. W autokarze było... gorąco! Poza tym było ciasno, a synek najpierw skakał mi na kolanach... co jest zrozumiałe bo prawie cały dzień miał bardzo mało ruchu, a potem jak padł to na moich kolanach spał... zupełnie odbierając mi możliwość ruchu.... Nie była więc to zbyt przyjemna podróż... ale nie szkodzi! W końcu byliśmy w Bristolu, mama mojego męża odebrała nas z przystanku i po szybkich zakupach mogliśmy się umyć i iść spać w ciepłym łóżeczku King Size!
Następnego dnia wstaliśmy wcześnie bo to był dzień szczególny :) dzień ślubu kuzyna mojego męża! Ale o tym jutro... dziś już nie mam siły pisać. Napiszę tylko, ze było przecudnie! :)
Dobranoc xxx
P.S. Od jutra będę uczyć się hiszpańskiego! (http://jezykhiszpanski.w.interia.pl/)
Zacznę może od naszej wycieczki do Anglii. Dzień przed planowanym odlotem doprowadziliśmy mieszkanie do idealnego porządku, wysłaliśmy ostatnie pudła do Anglii i oddaliśmy klucze właścicielce. Jako, że lot mieliśmy mieć wcześnie rano, a na lotnisko odwoził nas mój teść, to postanowiliśmy, że ostatnią noc spędzimy u niego. Wszystko więc poszło dość sprawnie, spakowani i lekko poddenerwowani nachodzącymi zmianami pojechaliśmy spędzić ostatnią noc w kraju w... lodowatym pokoju! Teść się nie postarał i nie nagrzał nam pokoju, a wiedział, że przyjedziemy i wie przecież, że dziecko nie powinno spać w zimnie! Nie będę się rozpisywać na ten temat... musieliśmy jakoś zacisnąć zęby i jak najszybciej położyć się spać bo było już po 21:00, a pobudkę mieliśmy o 3:00! około 22:30 leżeliśmy już we trójkę w łóżku starając się wzajemnie ogrzać :) Wstaliśmy dość sprawnie, zjedliśmy co nieco i ruszyliśmy na lotnisko. Na miejscu też wszystko poszło sprawnie i szybko. Nie ważyli nam bagaży, nie sprawdzali za bardzo wymiarów (a mieliśmy na pewno za dużo rzeczy), jako rodzice dziecka poniżej 2 lat mieliśmy też pierwszeństwo w kolejce na pokład samolotu :) wszystko cacy! Do czasu aż dowiedzieliśmy się, że maszyna się zepsuła - cały układ hydrauliczny poszedł i nie polecimy! Opuściliśmy samolot czekając na dalsze informacje... w końcu poinformowano nas, że na 11:45 będzie gotowy nowy samolot. Czekając na samolot zadzwoniłam sobie do Moniki L. i to trochę umiliło mi czas... :) Podczas gdy ja sobie plotkowałam mój mąż próbował załatwić problem, który powstał przez opóźnienie lotu, mianowicie przepadły nam bilety na pociąg z Londynu do Bristolu! Niestety nie dało się tak po prostu wykorzystać wcześniej zabukowanych biletów na późniejszy pociąg. Kolejny stres! No ale po rozpatrzeniu naszych opcji w końcu zdecydowaliśmy się, że bilety i tak wydrukujemy w specjalnej maszynie do tego przeznaczonej i spróbujemy je wykorzystać. Na miejscu w Londynie tak też zrobiliśmy i okazało się, że bilety są jeszcze dobre do wykorzystania! złapaliśmy więc pociąg! Potem autobus! Potem pociąg zwany tubą! Potem kolejny pociąg... i tutaj mieliśmy znak STOP! Niestety ten pociąg był zarezerwowany z miejscówkami i gdybyśmy chcieli wykorzystać te same bilety to te miejscówki byłyby najprawdopodobniej zajęte przez kogoś innego, ponieważ nasze miejscówki odjechały rano bez nas... W tej sytuacji pozostało nam jedynie złapanie autobusu miejskiego do innej stacji w Londynie, skąd mogliśmy złapać autokar prosto do Bristolu. Nie było łatwo! Najpierw poszliśmy na przystanek po złej stronie ulicy, więc kierowca powiedział nam, że on niestety jedzie w przeciwnym kierunku... Udaliśmy się na właściwy przystanek i czekając na autobus postanowiliśmy zjeść coś na szybko. Na szybko, a więc fast food... fast food a więc duże M jak McDonalds. Tylko po jednym burgerze i soczku! Autobus nadjechał. Wsiadamy. W Anglii zawsze było tak, że bilet kupowało się u kierowcy mówiąc mu dokąd jedziemy, tak więc mąż mój mówi dokąd, ja ładuję się z wózkiem, a kierowca patrzy na nas jak na baranów i rzecze: bilet się kupuje na przystanku w automacie zanim się wsiądzie do autobusu! Świetnie! Wysiadka, on nie poczeka. Za kilka minut będzie następny... Kupiliśmy bilety. Maszyna nie wydawała reszty, straciliśmy 70p... W końcu nadjechał kolejny autobus i udało nam się wygodnie rozsiąść. Synka wyjęłam z wózka bo już miał trochę dość siedzenia... nawiasem mówiąc całą podróż zachowywał się jak ANIOŁ! był grzeczny, uśmiechnięty, spał ładnie kiedy był zmęczony... no po prostu bajka! Zmierzamy do celu, wlekąc się w popołudniowym londyńskim traffiku i dociera do nas, że możemy nie zdązyć na ten autokar o 16:00! Nie wiemy nawet gdzie iść! Pytamy wiec najbliżej siedzącą osobę... tak się złożyło, ze ta kobieta kiedyś pracowała na tym dworcu skąd odjeżdżają autokary międzymiastowe! Co za fart! Powiedziała nam wszystko dokładnie: jak dość, gdzie skręcić, że po bilety to na pewno będą kolejki, ale może zdążymy... Wysiadamy z autobusu i biegiem lecimy wskazaną trasą. ja z synem na rękach, mąż z torbami na wózku! Biegniemy, biegniemy, biegniemy. Mój zegarek odmierza minuty jak szalony... w końcu jest! Wpadamy na dworzec, szukamy miejsca z autokarami, i widzimy, że on za moment odjedzie! Szybka decyzja: nie kupujemy biletów, najpierw trzeba znaleźć autokar i go zatrzymać! Szukamy, biegamy, tak się złożyło, ze odjeżdżał z 20 linii, czyli z ostatniej. I mimo, że się nabiegaliśmy to decyzja była słuszna bo okazało się, że bilet możemy kupić u kierowcy, a jak tam dotarliśmy to przed autokarem stała jeszcze mała kolejka ludzi wsiadających na pokład :) Cudnie! Jesteśmy, wsiadamy i już tylko 3 godziny dzielą nas od Bristolu. W autokarze było... gorąco! Poza tym było ciasno, a synek najpierw skakał mi na kolanach... co jest zrozumiałe bo prawie cały dzień miał bardzo mało ruchu, a potem jak padł to na moich kolanach spał... zupełnie odbierając mi możliwość ruchu.... Nie była więc to zbyt przyjemna podróż... ale nie szkodzi! W końcu byliśmy w Bristolu, mama mojego męża odebrała nas z przystanku i po szybkich zakupach mogliśmy się umyć i iść spać w ciepłym łóżeczku King Size!
Następnego dnia wstaliśmy wcześnie bo to był dzień szczególny :) dzień ślubu kuzyna mojego męża! Ale o tym jutro... dziś już nie mam siły pisać. Napiszę tylko, ze było przecudnie! :)
Dobranoc xxx
P.S. Od jutra będę uczyć się hiszpańskiego! (http://jezykhiszpanski.w.interia.pl/)
Komentarze
Prześlij komentarz